Romantyczne wakacje czyli Paryż i Brugia
| Data: 26.06-02.07.2010r | |
| skład: Edytka, Bartek, Marysia | |
| trasa: Częstochowa -> Giengen -> Paryż -> Bruksela -> Brugia | |
Jest ranek, 26.06. Jedziemy na dworzec główny w Częstochowie pożegnać
chłopaków, którzy pierwszy raz jadą pociągiem na kolonie (dotychczas
jeździli autokarem). Zostajemy sami na 10 dni i mamy urlop. Co tu
robić, gdzie jechać, jest szansa spędzenia czasu inaczej niż na
leżeniu na plaży.....może pojedziemy do Paryża? Nie zastanawialiśmy
się długo, wieczorem już byliśmy spakowani i wyjechaliśmy w kierunku
Francji. Pomysł był szalony ale takie są najlepsze.
Po drodze zatrzymaliśmy się u Kasi i Wojtka w Niemczech w Giengen an
der Brenz i po 2 dniach ruszyliśmy dalej do Paryża. Po drodze wjechaliśmy do Reims, gdzie w katedrze
Notre Dame de Reims byli koronowani prawie wszyscy królowie Francji.
Jadąc do Paryża nie mieliśmy żadnej rezerwacji, liczyliśmy tylko i wyłącznie na szczęście, które
nam sprzyjało. Udało się znaleźć miejsce w Etapie, w podparyskim
Aubervilliers. Nie wiedzieliśmy o tym, że jest to okolica zamieszkała
przez czarnoskóre oraz muzułmańskie społeczeństwo ale o tym później.
Do metra mamy ok. 15min, niestety okazało się że paryskie metro nie jest wcale przystosowane do
poruszania się tam z głębokim wózkiem, a Marysia ma dopiero 4,5 miesiąca i wymaga właśnie takiego wózka.
Nie pozostaje nam nic innego jak znoszenie/wnoszenie wózka po schodach i walka z przejściem przez bramki.
Pokonując pierwsze problemy z metrem, jedziemy zwiedzać stolicę Francji.
Wysiadamy przy katedrze Notre Dame. Powoli zachodzące
słońce pięknie oświetlało potężną katedrę, która w tym świetle robiła jeszcze większe wrażenie.
Niestety tego dnia wstęp do katedry był niemożliwy, nic to, jeszcze tu wrócimy :) Tymczasem poszliśmy na Sorbonę
i dalej pokręciliśmy się po Dzielnicy Łacińskiej i okolicach bulwarów St Michel i St Germain. Panuje tutaj
niepowtarzalna atmosfera, a w okolicznych restauracjach można przyjemnie spędzić czas. Powoli trzeba było wracać
do hotelu więc skierowaliśmy się jeszcze w kierunku Luwru. Przeszliśmy na drugą stronę przez Ponts des Arts,
gdzie spotykamy drobnych artystów, którzy wystawiają swoje prace, oraz mnóstwo młodzieży która urządza tu wesołe
imprezy.
Powróciliśmy do hotelu przed północą, po drodze czuliśmy się bardzo dziwnie. Wkoło nie było jasnoskórych ludzi,
wszyscy ciemni lub muzułmanie, a najbardziej dziwnie wyglądały samochody, które wydawały się jakby same jeździły,
nie widać było kierowców, tylko oczy i zęby świeciły z auta.
Następnego dnia ruszyliśmy z rana na Plac Pigalle, dalej poszliśmy bulwarem Clichy do Placu Blanche. Czerwony Młyn,
symbolizujący jeden z najsłynniejszych paryskich kabaretów znajduje się właśnie tu. Dalej wspinamy się krętymi uliczkami
na wzgórze Montmartre. Niegdyś wzgórze miało charakter wiejski, znajdowały się tu gospodarstwa i sady oraz ok.
trzydziestu wiatraków. Najsłynniejszą budowlą na wzgórzu jest Bazylika Najświętszego Serca (Sacré Coeur). Po zwiedzeniu
bazyliki błąkamy się jeszcze trochę po Place du Tertre i zatrzymujemy się w okolicznej restauracji na obiad.
W Paryżu woda do posiłków jest za darmo, ale kelnerzy zawsze pytają się o płatną wodę, najczęściej Perriera.
W restauracjach bardzo popularne są zestawy obiadowe, które różnią się bardziej lub mniej rozbudowanym menu oraz ceną.
Za 12-15E można zjeść przystawkę/zupę, danie główne i deser/lody/kawę. Po pysznym obiedzie ruszamy na dalszy spacer.
Krążąc to w lewo to w prawo kierujemy się w kierunku Pałacu Elizejskiego i Łuku Triumfalnego, do którego podchodzimy
najsłynniejszą Avenue des Champs-Élysées. Spod łuku skręcamy w kierunku Wieży Eiffla. Dotychczas widzieliśmy ją tylko
ze wzgórza Montmartre. Marysia jest wspaniała, wcale nie marudzi i dzielnie jeździ w wózku, z którym to cały czas mamy
spore kłopoty z wchodzeniem/wychodzeniem z metra.
Dochodzimy do Trocadero skąd wieżę widać w pełnej okazałości. Jest duża, wręcz ogromna, ale dopiero podejście
bliżej przekonuje nas o jej gigantyzmie. Trzeba przyznać że Eiffel był geniuszem inżynierii. Majstersztyk! Sprawdzamy czy
jest możliwość wjechania na górę, niestety okazuje się że z głębokim wózkiem nie mamy możliwości wjazdu :( w zamian
wybieramy rejs Sekwaną aby się przekonać jak Paryż wygląda z perspektywy rzeki. Rejs minął bardzo szybko,
w międzyczasie zaczęło się ściemniać więc wybieramy się na Pola Marsowe poznać wieczorne życie pod Wieżą Eiffla.
Jest super, klimat biesiady, zamiast stołów, rozłożone na trawie obrusy, na nich dużo różnego rodzaju jedzenia oraz napojów.
Niestety musimy wracać do naszego hotelu, znowu czeka nas przejście z metra do hotelu przez czarno-muzułmańską dzielnicę.
Trzeciego dnia postanowiliśmy zwiedzić Muzeum Orsay mieszczące się w budynku byłego dworca kolejowego, w którym znajdują się
głównie dzieła impresjonistów i postimpresjonistów takich jak: Claude Monet, Édouard Manet, Edgar Degas, Auguste Renoir,
Paul Gaugin, Paul Cézanne oraz Vincent van Gogh. Spędziliśmy tu kilka godzin, Marysia nie marudziła, w spokoju dała nam
oglądać dzieła sztuki.
Ponieważ z Muzeum Orsay jest blisko do Luwru, to wybraliśmy się tam na dziedziniec. Od początku nie było planów żeby
zwiedzać Luwr, gdyż po pierwsze nie mieliśmy aż tyle czasu, po drugie z Marysią wcale niekoniecznie moglibyśmy to spokojnie zrobić.
Z Luwru pojechaliśmy do hotelu zamienić wózek na nosidełko i wróciliśmy na Trocadero aby spróbować się dostać na Wieżę Eiffla.
Niestety tego dnia było bardzo dużo turystów, w kasach nie sprzedawali biletów na samą górę, można było wjechać tylko na II poziom.
Szybka decyzja, próbujemy, może z drugiego poziomu jakoś się uda dostać na samą górę. Niestety, na II poziomie była tak ogromna
ilość ludzi że nie było szans na wjazd na samą górę :( Dodatkowo Marysia źle się czuła w takim tłumie i nie mogliśmy spokojnie
pooglądać okolicy. Trudno, następnym razem może będzie większy spokój i mniej ludzi.
Ostatniego dnia naszego pobytu w Paryżu udaliśmy się zwiedzić nowoczesną dzielnicę La Defence. Tu zostaliśmy pozytywnie zaskoczeni.
Mianowicie linia metra, która tu dojeżdża była jedyną, w której nie mieliśmy problemów z Marysinowym bolidem. Wracając do
La Defence, jest zbudowana z rozmachem, szkło, stal, nowoczesność to słowa które określają architekturę. Ponieważ jest bardzo gorąco,
siadamy chwilę w cieniu na schodach La Grande Arche i po chwili wracamy do bardziej zabytkowej części Paryża.
Idziemy do Centre Georges Pompidou, następnie mijamy Hôtel de Ville (siedziba magistratu Paryża) i kierujemy się do katedry
Notre Damme. Sprawdziliśmy wcześniej i akurat powinna być możliwość zwiedzenia katedry od wewnątrz. Udało nam się wejść
do środka. Zgłodniali udajemy się w okolice bulwarów St Michel w celu zjedzenia dobrego obiadu.
Stąd spacerem udaliśmy się ponownie w okolice Pól Marsowych i Wieży Eiffla, gdzie w ogrodach Trocadero, poniżej pałacu Chaillot
była umieszczona strefa kibica z dużym telebimem (byliśmy w Paryżu w czasie gdy rozgrywały się mecze MŚ w Piłce nożnej w RPA).
Na szczęście do Paryża przyjechaliśmy po fakcie odpadnięcia drużyny francuskiej z dalszych gier. Atmosfera przy strefie kibica była iście
piłkarska, wszechobecne wuwuzele, głośny doping i wspólne przeżywanie meczów było ciekawym przeżyciem. To były nasze ostatnie
chwile w stolicy Francji, jeszcze rzut oka na wieżę Eiffla i powrót do hotelu.
Wcześnie rano wyruszyliśmy w dalszą drogę do Belgii. Postanowiliśmy zobaczyć centrum Brukseli. Parking w centrum nie należał
do tanich, ale co tam, jesteśmy tu tylko na chwilę więc nie ma co się zastanawiać, nad szukaniem jakiejś tańszej alternatywy.
Ruszamy w kierunku Grote Markt, po drodze zwiedzamy katedrę oraz najstarszy pasaż handlowy w Europie. Kuszą nas tu ekskluzywne
sklepy, z których spora część to czekoladowy raj. Po kilkunastu minutach dochodzimy na Grote Markt, barokowe budowle są pięknie
odrestaurowane. Niedaleko rynku znajduje się słynny posąg chłopca, który uratował Brukselę przed pożarem.
Maneken Pis, bo tak nazywa się ten pomnik, to mała figurka, która jest ubierana w różne stroje. Tradycją jest że jak jakaś ważna
osobistość odwiedza Brukselę, to przywozi strój dla Manekena. W okolicy jest muzeum w którym wystawione są stroje, a liczba
eksponatów ciągle wzrasta.
Czas ruszać w dalszą drogę, wsiadamy w samochód i postanawiamy przejechać niedaleko budynków Parlamentu Europejskiego, udaje nam
się podjechać pod sam parlament, ale jakoś nie robi on na nas dużego wrażenia. Wyjeżdżamy w kierunku Brugii. Po drodze zjeżdżamy
z autostrady i przejeżdżamy przez Waterloo. Do Brugii wjeżdżamy w deszczu, szukamy hotelu blisko zabytkowego centrum. Okazało się
że przy głównym dworcu kolejowym miesiąc wcześniej otwarto nowy Etap, w którym udaje nam się dostać miejsce, choć wcale to nie było
proste, ponieważ w rezerwacji bezpośredniej nie było już dostępnych pokoi, musieliśmy zrobić rezerwację przez internet i dopiero
dostaliśmy klucze.
Ponieważ za oknem padał deszcz, a pora była w miarę wczesna, postanowiliśmy chwilę się
zdrzemnąć, może aura się zmieni.
Tak też się stało, po 2h wyszło słońce a ślady po deszczu zaczęły szybko znikać. Wyruszyliśmy na zwiedzanie Brugii. Nie mieliśmy
jakiegoś szczegółowego planu, spacerowaliśmy po zabytkowym centrum. Byliśmy pod ogromnym wrażeniem tego uroczego miejsca.
Niska zabytkowa zabudowa, przepiękny rynek Grote Markt oraz kanały, przypominające klimatem Wenecję, to wszystko znajdowało się
w Brugii. Zabytkowa część miasta jakby "zamarła" w XVI-XVII wieku. Większość domów ma ponad 300 lat, udało nam się zaglądnąć do
środka takiego domu, było tam jak w muzeum.
Przechadzając się uliczkami podziwiamy liczne sklepy z wyrobami czekoladowymi, można znaleźć tu prawdziwe cuda z czekolady.
Lokalną tradycją jest też koronczarstwo, wytwarzane metodą klockową, można tu zobaczyć przecudne koronki, których cena
powala na kolana :) W Brugii powstała także słynna szkoła malarstwa flamandzkiego. Zauroczeni lokalnym klimatem, spacerujemy
i podziwiamy miasteczko z myślą że fajnie byłoby tu jeszcze kiedyś przyjechać.
Tak spacerowaliśmy do późnego wieczora, po zmroku wróciliśmy do hotelu i zaczęliśmy pakować rzeczy, bo rankiem, niestety,
musieliśmy wracać do kraju. Były to nasze wspaniałe, trochę szalone ale i spokojne wakacje, nigdzie nie pędziliśmy,
spokojnie spacerowaliśmy po Paryżu, Brugii czy Brukseli. Byliśmy w pięknych miejscach, które na długo pozostaną w naszej pamięci.







Edyta